Najbardziej nieprawdopodobną istotą w polskiej fantastyce nie musi być przybysz z odległej galaktyki. Może nią być człowiek, który po trzech konferencjach prasowych, jednym przecieku i gwałtownym wzroście kursu waluty nadal uważa, że ma pełną kontrolę nad sytuacją. Fantastyka o współczesnej Polsce zaczyna się właśnie w tym miejscu: nie tam, gdzie kończy się realizm, lecz tam, gdzie realizm robi się zbyt absurdalny, by opowiadać o nim bez pomocy obcych cywilizacji, pęknięć między wymiarami albo technologii o podejrzanie dobrych intencjach.
To nie jest literatura, która odwraca wzrok od kraju za oknem. Przeciwnie. Bierze na warsztat jego język, lęki, ambicje i codzienną nerwicę. Potem lekko przesuwa jeden element rzeczywistości. Na przykład zakłada, że kryzys energetyczny ma źródło poza Układem Słonecznym. Albo że pewna instytucja państwowa rzeczywiście działa według planu, tylko plan został napisany przez byt rozumiejący czas w sposób dla człowieka niepokojąco swobodny.
Dlaczego współczesna Polska potrzebuje fantastyki
Polska codzienność jest gęsta od tematów, które aż proszą się o literackie przetworzenie. Ekonomia wchodzi do kuchni razem z rachunkiem za prąd. Geopolityka zagląda do telefonu między prognozę pogody a wiadomość od banku. Polityczny spór potrafi rozlać się na rodzinny obiad z energią godną wojny sukcesyjnej. A obok tego ktoś musi odebrać paczkę, zawieźć dziecko na trening i nie zgubić kodu do aplikacji, bez której nie da się już chyba legalnie istnieć.
Realizm może to opisać wiernie. Fantastyka może opisać to wiernie, a zarazem bezlitośnie. Daje autorowi prawo do wyostrzenia mechanizmów, które w zwykłym języku zdążyły się już ukryć za frazesem. Jeśli korporacja jest wszechobecna, można uczynić ją dosłownie organizmem. Jeśli społeczeństwo żyje w permanentnym napięciu, można pokazać miasto zasilane zbiorowym lękiem. Jeśli politycy sprzedają wizję porządku, można zapytać, co stanie się wtedy, gdy porządek naprawdę przyjdzie – i zażąda zapłaty.
Nie chodzi przy tym o prostą publicystykę w kostiumie science fiction. Powieść nie musi wskazywać winnego palcem, a kosmita nie ma obowiązku oznaczać konkretnego ministerstwa. Dosłowność szybko się starzeje. Dobra fantastyka zostawia czytelnikowi przestrzeń, w której rozpoznaje własny świat, choć na kartce widzi świat odrobinę przesunięty.
Fantastyka o współczesnej Polsce nie jest kroniką nagłówków
Wiadomości mają własny rytm: rano alarm, po południu komentarz, wieczorem nowy alarm, następnego dnia korekta. Literatura działa wolniej i dzięki temu może sięgać głębiej. Nie pyta jedynie, kto wygrał konkretny spór. Pyta, dlaczego ludzie tak łatwo wierzą, że ktoś gdzieś panuje nad maszyną, mimo że spod obudowy od dawna lecą iskry.
W polskich realiach szczególnie ciekawa jest relacja między wielkimi procesami a małą skalą życia. Decyzje zapadające w stolicach, na giełdach i w salach negocjacyjnych zmieniają temperaturę rozmów w blokach, biurach oraz małych miejscowościach. Człowiek może nie znać nazwiska członka zarządu banku centralnego ani odróżniać sankcji od kontrsankcji, lecz doskonale rozumie, że coś stało się z ceną masła, ratą kredytu i spokojem snu.
Fantastyka potrafi połączyć te poziomy bez udawania, że bohater jest wyłącznie pionkiem albo wyłącznie panem własnego losu. Jest jednym i drugim, zależnie od dnia, wysokości oprocentowania oraz tego, czy istoty z innego wymiaru odbierają telefon. To napięcie jest bardziej ludzkie niż opowieść o nieomylnych strategach i bardziej interesujące niż katalog katastrof.
Kosmici są użyteczni, gdy nie są dekoracją
Obcy przybysz w historii osadzonej w Polsce nie musi służyć tylko temu, by efektownie rozbić statek kosmiczny o podkarpackie pole. Może stać się narzędziem spojrzenia z zewnątrz. Ktoś, kto nie rozumie naszych rytuałów, zadaje pytania, których my już sobie nie zadajemy: dlaczego kolejka budzi tyle emocji? Dlaczego język urzędowy brzmi tak, jakby został zaprojektowany do unikania odpowiedzialności? Skąd przekonanie, że każdy problem da się rozwiązać komisją, jeżeli tylko komisja dostanie odpowiednio długą nazwę?
Jednak sam pomysł nie wystarczy. Kosmici jako metafora bywają wygodni do granic lenistwa. Jeśli obcy są wyłącznie przebranym komentarzem politycznym, czytelnik szybko dostrzeże szwy. Muszą mieć własną logikę, pragnienia i ograniczenia. Dopiero wtedy ich zderzenie z Polską nie jest felietonem ze statkiem na okładce, lecz prawdziwym konfliktem światów.
Podobnie działają inne wymiary. Najciekawsze nie są dlatego, że mają fioletowe niebo i dziwną florę. Są ciekawe, gdy podważają coś, co uznajemy za oczywiste: wartość pieniądza, trwałość granic, język prawa, definicję sukcesu. Alternatywna rzeczywistość ma sens wtedy, gdy wracając z niej myślami, patrzymy podejrzliwiej na własną.
Między satyrą a powagą
Współczesna Polska dostarcza materiału satyrycznego niemal z urzędu. Łatwo więc przesadzić i zamienić fabułę w serię mrugnięć okiem. Czytelnik rozpozna aluzję, uśmiechnie się, może nawet parsknie. Ale jeśli poza aluzją nie ma stawki, zostaje tylko dowcip, który traci ostrość szybciej niż internetowa kłótnia.
Satyrze potrzebna jest powaga, nie jako szkolna mina, lecz jako świadomość konsekwencji. Ktoś płaci za cudzy błąd. Ktoś traci poczucie bezpieczeństwa. Ktoś odkrywa, że instytucja mająca go chronić przede wszystkim chroni własny budżet, własny wizerunek i własne miejsce w hierarchii. Humor nie osłabia takiej historii. Przeciwnie, bywa jedyną rozsądną reakcją na sytuację, w której absurd działa zgodnie z procedurą.
To również kwestia proporcji. Nie każda powieść musi być satyrą, a nie każda ma obowiązek objaśniać geopolitykę. Czasem najcelniejszy obraz kraju powstaje wokół jednego mieszkania, jednej rodziny albo jednego człowieka, który próbował załatwić prostą sprawę i przypadkiem uruchomił międzywymiarowy konflikt interesów. Skala fantastycznego zjawiska może być ogromna, lecz emocjonalny punkt ciężkości powinien pozostać rozpoznawalny.
Lokalność nie jest ograniczeniem
Istnieje pokusa, by polskie realia wygładzić, uczynić je bardziej neutralnymi, bardziej eksportowymi. Zostawić miasto bez nazwy, instytucję bez charakteru, bohaterów mówiących językiem, który równie dobrze mógłby pochodzić z dowolnego serialu. Taka strategia czasem ma sens, lecz często odbiera opowieści jej najcenniejszy nerw.
Lokalność nie polega na odhaczaniu pierogów, blokowisk i narodowych traum. Polega na szczególe, który niesie doświadczenie: sposobie, w jaki ludzie mówią o pieniądzach, choć rzekomo o nich nie rozmawiają; odruchu nieufności wobec nagłej pomocy; potrzebie improwizacji, która potrafi być jednocześnie zaradnością i źródłem kolejnej katastrofy. To są rzeczy zrozumiałe także poza Polską, właśnie dlatego że zostały pokazane konkretnie, a nie w wersji bez smaku.
W twórczości Krzysztofa Waśniewskiego spotkanie ekonomii, geopolityki i fantastyki nie wymaga sztucznego spoiwa. Te porządki już żyją obok siebie. Kurs waluty potrafi wpłynąć na rodzinne decyzje równie realnie jak wiadomość o konflikcie za granicą, a człowiek, który nie nadąża za żadnym z tych procesów, nadal musi rano wstać i zrobić zakupy. Wystarczy dodać obcą inteligencję albo szczelinę w rzeczywistości, żeby zobaczyć, jak niewiele brakowało nam do pełnej wersji absurdu.
Co zostaje po zamknięciu książki
Najlepsza fantastyka nie obiecuje czytelnikowi wygodnej ucieczki. Oferuje coś uczciwszego: chwilowe oddalenie, z którego można lepiej przyjrzeć się temu, co bliskie. Pozwala potraktować władzę, rynek, narodowe nastroje i własne przyzwyczajenia jak elementy wielkiego eksperymentu, prowadzonego przez gatunek pewny swojej racjonalności z zadziwiająco małą ilością danych.
A potem wraca się do zwykłego świata. Do powiadomień, cen, deklaracji i ludzi zapewniających, że sytuacja jest pod kontrolą. I być może właśnie wtedy warto zachować odrobinę fantastycznej podejrzliwości: sprawdzić, kto trzyma mapę, kto buduje portal i czy na pewno wszyscy rozumieją, dokąd prowadzi następne przejście.

Zostaw odpowiedź