Dlaczego powieść dystopijna boli tak blisko?

Dlaczego powieść dystopijna boli tak blisko?

Nie trzeba budować państwa z kamerami na każdym słupie, żeby powieść dystopijna zaczęła działać. Czasem wystarczy urząd, który prosi o jeszcze jeden formularz. Czasem aplikacja, która wie, czego chcemy, zanim zdążymy to nazwać. Albo wspólnota tak zmęczona niepewnością, że z ulgą oddaje ster komuś, kto mówi pewnym głosem i obiecuje porządek.

Dystopia nie jest więc katalogiem przyszłych nieszczęść ani literacką wersją alarmu przeciwlotniczego. Jest eksperymentem myślowym dotyczącym teraźniejszości. Bierze znany mechanizm – władzę, rynek, technologię, ideologię, strach przed obcym – i podkręca go tylko na tyle, by przestał wyglądać niewinnie. Potem patrzy, co zrobi z ludźmi.

Powieść dystopijna nie przepowiada, tylko sprawdza

Najciekawsza powieść dystopijna nie mówi: „tak będzie”. Mówi raczej: „a co, jeśli to już się zaczęło, tylko jeszcze nosi garnitur, używa korporacyjnych sloganów i zapewnia o trosce?”. To zasadnicza różnica. Przepowiednia zwalnia z myślenia, bo można się z nią zgodzić albo wzruszyć ramionami. Dystopia zmusza do pytania, w którym miejscu sami podpisalibyśmy zgodę.

W klasycznych dystopiach system bywa widowiskowo opresyjny. Jest Wielki Brat, zakazana książka, kontrola języka, publiczna kara. Taki obraz działa, bo daje wyraźnego przeciwnika. Łatwiej potępić państwo, które pali biblioteki, niż mechanizm, który sprawia, że ludzie przestają czytać z własnej woli, bo ranking, reklama i zmęczenie skutecznie zagospodarowały im uwagę.

Współczesny lęk wygląda częściej mniej teatralnie. Nie zawsze przychodzi w mundurze. Potrafi wystąpić jako wygoda, personalizacja, kredyt, program bezpieczeństwa albo hasło o konieczności „odpowiedzialnego zarządzania nastrojami społecznymi”. Brzmi niemal kojąco, dopóki ktoś nie zapyta, kto zarządza, czyimi nastrojami i gdzie składa się reklamację od rzeczywistości.

Dlaczego dystopia jest tak bliska polskiej codzienności

Polski czytelnik ma szczególną wrażliwość na opowieści o systemach, które miały działać dla dobra wszystkich, a działały głównie dla dobra tych, którzy posiadali właściwe pieczątki. Znamy język wielkich obietnic i małych wyjątków. Wiemy, że między oficjalnym komunikatem a tym, co dzieje się przy okienku, może mieścić się cały osobny kontynent.

Dlatego dystopia osadzona w lokalnym kontekście nie potrzebuje kopiować obcych dekoracji. Jej materiałem może być blokowisko, rada miasta, osiedlowa grupa w internecie, firma zależna od jednego kontraktu, telewizyjny pasek informacyjny albo rynek mieszkań, na którym każdy deklaruje troskę o normalnych ludzi, dopóki normalny człowiek nie pojawi się z pytaniem o cenę.

Ekonomia w dystopii nie jest nudnym dodatkiem dla osób lubiących wykresy. To jeden z języków władzy. Kto ma dostęp do energii, mieszkania, pracy, danych i kredytu, ten nie musi nikogo przekonywać za pomocą wielkich haseł. Wystarczy, że ustawi warunki. Człowiek może nadal głosować, komentować i kupować kawę na wynos, ale jeśli każda decyzja prowadzi go do tej samej zależności, formalna swoboda zaczyna przypominać dekorację w biurze dewelopera.

Geopolityka również świetnie nadaje się do dystopijnego laboratorium. Konflikty mocarstw, kryzysy surowcowe i granice przesuwane cudzymi rękami wpływają przecież na bardzo prywatne sprawy: cenę ogrzewania, poczucie bezpieczeństwa, język debat przy rodzinnym stole. Dystopia pokazuje, jak wielka polityka potrafi wejść do kuchni bez pukania, a potem udawać, że przyszła tylko po cukier.

System potrzebuje nie tylko tyrana

Najłatwiej wyobrazić sobie dystopię jako historię o złym przywódcy. To wygodne, ale literacko mniej interesujące. Tyran jest prosty. Znacznie bardziej niepokojący okazuje się system, który żyje dzięki tysiącom drobnych współpracowników: urzędnikowi wykonującemu procedurę, sąsiadowi zgłaszającemu odstępstwo, menedżerowi mierzącemu wydajność, ekspertowi tłumaczącemu, że alternatywy nie ma.

Nie chodzi o to, że każdy człowiek w takiej rzeczywistości jest potworem. Właśnie odwrotnie. Dobra dystopia rozumie, że większość ludzi ma rachunki, dzieci, ambicje i granice cierpliwości. Część chce ocalić bliskich. Część chce awansować. Część po prostu nie chce zostać ostatnią osobą, która stawia opór, gdy reszta już uznała, że rozsądniej jest się dostosować.

Tu pojawia się najtrudniejsze pytanie: ile kompromisów potrzeba, by przestać być sobą? Nie ma na nie eleganckiej odpowiedzi. Jeden bohater odda tajemnicę, by ochronić rodzinę, i czytelnik mu wybaczy. Drugi zrobi to samo dla premii, a wybaczenie przychodzi trudniej. Między nimi nie zawsze biegnie jednak czysta granica. Dystopia nie jest sądem z gotowym wyrokiem. Jest lustrem, w którym człowiek wolałby nie oglądać się zbyt długo.

Technologia nie jest winna, ale bywa bardzo użyteczna

Technologia w powieści dystopijnej często dostaje rolę czarnego charakteru, choć sama jest raczej narzędziem o doskonałych manierach. Nie ma własnej ideologii. Za to świetnie wykonuje cudzą. Algorytm może pomagać odnaleźć potrzebną informację, ale może też podsuwać człowiekowi wyłącznie takie wersje świata, które utrzymają go w przewidywalnym nastroju i przycisną właściwy przycisk zakupowy.

Problem zaczyna się tam, gdzie wygoda zastępuje zgodę. Gdy człowiek nie wie, według jakich reguł jest oceniany, komu służą zebrane dane i dlaczego pewne drzwi otwierają się przed jednymi, a dla innych pozostają cyfrowo zamknięte. Wtedy futurystyczny gadżet przestaje być ozdobą fabuły. Staje się pytaniem o odpowiedzialność, tylko wyposażonym w lepszy interfejs.

Warto też pamiętać, że dystopia technologiczna nie musi rozgrywać się za sto lat. Może wydarzyć się jutro rano, kiedy system odrzuci wniosek bez uzasadnienia, a człowiek dowie się, że od decyzji maszyny można się odwołać do innej maszyny. Taki postęp ma tę zaletę, że nikt nie podnosi głosu. Taki jest też jego kłopot.

Co odróżnia dobrą dystopię od publicystyki w przebraniu

Dystopia traci siłę, kiedy autor zbyt wyraźnie pokazuje palcem, kto ma rację. Powieść nie musi udawać bezstronności, ale nie powinna być ulotką wyborczą z mutacją genetyczną. Jej zadaniem jest budować świat, w którym konsekwencje idei da się poczuć w życiu bohaterów: w ich języku, relacjach, pracy, lękach i pragnieniach.

Najlepsze historie zostawiają miejsce na niewygodę. System może dawać bezpieczeństwo, którego wcześniej brakowało. Rewolucja może produkować własnych oportunistów. Przeciwnik władzy może być odważny, lecz nieznośny. A ktoś lojalny wobec złego porządku może mieć racje emocjonalne, których nie da się po prostu wyśmiać.

To nie oznacza relatywizmu, w którym wszystko jest równie dobre, a przemoc staje się „kwestią perspektywy”. Oznacza tylko, że literatura jest mądrzejsza od transparentu. Potrafi pokazać mechanizm bez udawania, że ludzie są wyłącznie pionkami albo wyłącznie bohaterami. Zwykle są jednym i drugim, zależnie od godziny, presji i tego, kto patrzy.

Dystopia jako ćwiczenie z nieufności

Czytanie dystopii nie powinno kończyć się przekonaniem, że katastrofa jest nieunikniona. To byłaby bardzo wygodna wymówka dla bierności. Lepszy efekt to ostrożniejsza nieufność wobec prostych recept, ludzi obiecujących pełną kontrolę i rozwiązań, które nic nie kosztują poza odrobiną wolności, prywatności lub godności. Ta odrobina ma wyjątkową skłonność do rośnięcia.

Powieść dystopijna zostawia czytelnika z pytaniem mniej efektownym niż wizja końca świata, ale znacznie bardziej użytecznym: na co zgadzam się każdego dnia, żeby było łatwiej? Warto je sobie zadawać bez paniki. Najpierw przy lekturze, potem przy nagłówkach, formularzach i tych wszystkich drobnych decyzjach, które pozornie niczego nie zmieniają. Systemy rzadko powstają od razu. Najpierw ktoś tylko proponuje, żebyśmy dla świętego spokoju nie zadawali zbyt wielu pytań.

Zostaw odpowiedź

Odkryj więcej z Jazz stworzył słowa

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej