Minister uspokaja obywateli, że sytuacja jest pod kontrolą. Kurs waluty spada, satelita milknie, a w piwnicy bloku ktoś właśnie odbiera transmisję z innego wymiaru. W tym miejscu zaczynają się nietypowe książki science fiction – nie tam, gdzie technologia ma wyłącznie błyszczeć, lecz tam, gdzie obnaża ludzkie złudzenie, że da się wpisać chaos do tabeli w Excelu.
Science fiction bywa mylnie traktowane jak dział z rakietami, robotami i odległymi planetami. To wygodna etykieta, ale zbyt ciasna dla literatury, która potrafi powiedzieć więcej o kredycie, wojnie informacyjnej, rodzinnej kolacji i ambicjach lokalnego urzędnika niż niejeden realistyczny reportaż. Najciekawsze opowieści gatunkowe nie uciekają od rzeczywistości. Przesuwają ją o kilka stopni, aż znane mechanizmy stają się nagle podejrzanie widoczne.
Czym są nietypowe książki science fiction?
Nietypowość nie polega na tym, że statek kosmiczny ma dziwny kształt albo obca cywilizacja komunikuje się przez grzybnię. Takie pomysły mogą być świetne, lecz same w sobie są tylko dekoracją. Nietypowa science fiction zaczyna się wtedy, gdy element fantastyczny przestaje być ozdobnikiem, a staje się narzędziem nacisku na rzeczywistość.
Może to być historia o pierwszym kontakcie z obcą inteligencją, w której najważniejsze okazują się nie języki i lasery, ale procedury zakupowe, interesy mocarstw oraz panika ludzi odpowiedzialnych za komunikat prasowy. Może to być powieść o podróży między wymiarami, gdzie większym zagrożeniem od samego przejścia jest pytanie, kto dostanie koncesję na jego obsługę. Wtedy fantastyka nie oferuje bezpiecznej wycieczki poza świat. Wpuszcza świat do środka i patrzy, co zrobi z nim człowiek.
To literatura dla czytelników, którzy lubią, gdy pomysł ma konsekwencje. Jeśli wynaleziono technologię pozwalającą przewidywać przyszłość, ktoś będzie chciał ją opodatkować, utajnić, sprzedać albo użyć do rozgrywki z konkurencją. Jeśli na orbicie pojawia się obcy obiekt, nie wszyscy będą patrzeć w niebo z zachwytem. Część osób sprawdzi, czy da się na tym zarobić, a część ogłosi, że od początku wiedziała, iż to spisek.
Nie kosmos jest tu najdziwniejszy, lecz ludzie
Klasyczna science fiction często stawia pytanie: co stanie się z człowiekiem w przyszłości? Nietypowa odmiana gatunku dorzuca pytanie mniej wygodne: dlaczego jesteśmy pewni, że w przyszłości zachowamy się mądrzej niż teraz?
To istotna różnica. Pierwsze pytanie otwiera pole dla wynalazków, ustrojów i wielkich wizji. Drugie przypomina, że nowe narzędzia trafiają w ręce tych samych istot, które potrafią pokłócić się o miejsce parkingowe, zbudować hierarchię w grupowym czacie i nazwać doraźny interes racją stanu. Nie jest to pesymizm dla samego pesymizmu. To raczej trzeźwe założenie, że postęp techniczny nie aktualizuje automatycznie charakteru.
Dlatego w takich książkach dobrze działają postaci nieheroiczne: analitycy, nauczycielki, drobni przedsiębiorcy, urzędnicy, ludzie uwikłani w kredyt, rozwód albo pracę, której nikt nie umie sensownie opisać. Gdy rzeczywistość pęka, nie musi ratować jej genialny fizyk. Czasem najbardziej wiarygodna jest osoba, która miała tylko odebrać dziecko ze szkoły, a po drodze dowiedziała się, że gmina znalazła portal do obcej strefy wpływów.
Polska codzienność jako laboratorium przyszłości
Nie każda historia science fiction potrzebuje bezimiennego megamiasta i anglojęzycznych korporacji. Polska codzienność ma własny potencjał fantastyczny: zmienne reguły gry, język oficjalnych zapewnień, prowizoryczne rozwiązania działające do czasu i absurd, który bywa tak precyzyjny, że trudno go wymyślić.
Osadzenie fabuły tutaj nie jest ozdobą regionalną. Daje stawkę. Inaczej brzmi groźba energetyczna w kraju pamiętającym kolejne kryzysy i polityczne zwroty akcji, inaczej wygląda technologia nadzoru w społeczeństwie, które dobrze zna różnicę między deklaracją a praktyką. Lokalność nie zamyka opowieści. Przeciwnie, pozwala mówić konkretnie o uniwersalnych odruchach: strachu przed utratą pozycji, potrzebie kontroli i gotowości do uwierzenia w prostą odpowiedź, jeśli tylko poda ją ktoś w garniturze.
Ekonomia i geopolityka nie psują fabuły
Wiele osób słyszy słowa „ekonomia” i „geopolityka” i odruchowo spodziewa się wykładu. Słusznie się bronią, bo powieść nie jest prezentacją dla zarządu. Jednak dobrze użyte mechanizmy władzy i pieniędzy mogą napędzać akcję skuteczniej niż pościg przez trzy galaktyki.
Pieniądz odpowiada na pytanie, kto zyskuje na zmianie. Geopolityka odpowiada, kto będzie próbował ją kontrolować. Fantastyka pozwala zaś zapytać, co się stanie, gdy sama zmiana okaże się większa niż wszystkie dotychczasowe interesy. Te trzy porządki tworzą konflikt, który nie wymaga sztucznie doklejonego czarnego charakteru. Wystarczą ludzie konsekwentnie realizujący swoje cele, nawet gdy ich cele prowadzą do katastrofy.
Jest tu oczywiście ryzyko. Autor może zasypać czytelnika nazwami instytucji, parametrami i komentarzem, który zatrzyma fabułę jak awaria systemu płatności. Z drugiej strony całkowite pomijanie ekonomii tworzy przyszłość z kartonu: wszyscy latają między planetami, ale nikt nie pyta, kto płaci za paliwo, komu służy infrastruktura i dlaczego część ludzi nadal mieszka po złej stronie bramy.
Najlepsza proporcja pojawia się wtedy, gdy mechanizmy są obecne w działaniu. Czytelnik widzi, jak decyzja rady nadzorczej zmienia los bohatera, jak embargo uruchamia czarny rynek albo jak informacja o obcym sygnale podbija wartość spółki, zanim ktokolwiek zrozumie jego treść. Nie trzeba wygłaszać referatu o świecie. Trzeba sprawić, by świat utrudniał postaciom życie w sposób wiarygodny.
Jak rozpoznać książkę, która ma coś więcej niż efekt specjalny?
Pierwszym sygnałem jest pomysł, który można streścić w jednym zdaniu, lecz którego konsekwencje rozrastają się daleko poza to zdanie. „Co, jeśli obcy istnieją?” to dopiero początek. Ciekawiej robi się przy pytaniu: „Co, jeśli obcy wybiorą do rozmów kraj uznawany przez resztę świata za peryferyjny?” albo „Co, jeśli kontakt nastąpi przez urządzenie, które każdy ma w kieszeni, ale nikt nie rozumie jego pełnej funkcji?”.
Drugim sygnałem jest opór wobec łatwych odpowiedzi. Nietypowe książki science fiction nie muszą być niejasne ani hermetyczne. Powinny jednak zostawić miejsce na niepokój. Jeśli po zamknięciu powieści czytelnik nie wie, czy bardziej przeraża go obca cywilizacja, czy ludzkie reakcje na jej pojawienie się, autor prawdopodobnie trafił w punkt.
Trzecim jest język. Fantastyka nie potrzebuje instrukcji obsługi udającej prozę. Techniczne szczegóły mają wartość tylko wtedy, gdy budują napięcie, charakter albo atmosferę. Czasem jedno celne zdanie o systemie, który „tymczasowo” ogranicza wolność, mówi więcej niż pięć stron opisu jego architektury.
Warto też sprawdzić, czy humor nie służy wyłącznie rozładowaniu napięcia. Ironia w ambitnej science fiction działa najlepiej wtedy, gdy jest narzędziem rozpoznania. Śmiejemy się nie dlatego, że sytuacja jest błaha, ale dlatego, że absurd okazuje się zbyt podobny do tego, co znamy z własnego podwórka.
Fantastyka jako test rzeczywistości
Nietypowa science fiction nie obiecuje, że przyszłość będzie piękna. Nie musi też ogłaszać, że jest straszna. Znacznie ciekawsze jest jej pytanie o cenę porządku: ile swobody oddamy za poczucie bezpieczeństwa, ilu faktów nie zauważymy, bo psują nam wygodną opowieść, i jak długo będziemy nazywać kryzys przejściowymi trudnościami.
W twórczości Krzysztofa Waśniewskiego kosmici i inne wymiary mogą stanąć obok ekonomii, geopolityki oraz polskich odruchów codzienności właśnie dlatego, że nie są od nich ucieczką. Są soczewką. Powiększają to, co zwykle ginie pod warstwą komunikatów, wskaźników i pewnych min ludzi przekonanych, że panują nad sytuacją.
Jeśli szukasz lektury, która nie traktuje wyobraźni jak fajerwerku odpalonego po zmroku, wybierz książkę gotową zabrudzić ją rzeczywistością. Najbardziej niezwykła przyszłość nie zaczyna się daleko stąd. Czasem zaczyna się w chwili, gdy ktoś przy stole mówi: „spokojnie, wszystko jest pod kontrolą”.

Zostaw odpowiedź