Przyszłość polskiej fantastyki bez dekoracji

Przyszłość polskiej fantastyki bez dekoracji

Na biurku leży rachunek za prąd, w telefonie migają informacje o kolejnej wojnie handlowej, a za ścianą ktoś przekonuje rodzinę, że wszystko jest pod kontrolą. To właściwie gotowy materiał na powieść. Przyszłość polskiej fantastyki nie rozstrzygnie się bowiem w starciu kolejnego czarodzieja z kolejnym mrocznym panem. Rozstrzygnie się tam, gdzie rzeczywistość staje się tak osobliwa, że realizm zaczyna wyglądać jak gatunek wysokiego ryzyka.

Polska fantastyka ma dziś do dyspozycji coś cenniejszego niż bezpieczny zestaw konwencji: kraj pełen napięć, sprzecznych ambicji, historycznych odruchów i nowoczesnych lęków. Wystarczy spojrzeć na ekonomię, politykę mieszkaniową, cyfrowe uzależnienia, granice, migracje czy społeczną potrzebę posiadania prostego winnego. Kosmici, inne wymiary i sztuczne inteligencje nie muszą odciągać od tych spraw. Mogą je wyostrzać – czasem skuteczniej niż publicystyka, która zbyt szybko wybiera jedną stronę sporu.

Fantastyka nie musi udawać, że Polska nie istnieje

Przez lata polski czytelnik dostawał często dwa osobne światy. Jeden był importowaną fantazją o królestwach o anglosaskich nazwach, drugi – krajowym realizmem, w którym bohater cierpiał przy stole, na przystanku albo w urzędzie. Oba porządki miały swoje zalety, ale między nimi zostawało wiele niewykorzystanego miejsca.

Tymczasem lokalność nie oznacza zamknięcia w skansenie. Przeciwnie. Opowieść o prowincjonalnym mieście, w którym pod sklepem ląduje statek obcej cywilizacji, może mówić o władzy, klasie i godności równie przekonująco jak saga rozgrywana w galaktyce. Warunek jest prosty: dekoracja nie może zastąpić obserwacji. Czytelnik wyczuje, kiedy autor wkleił polski szyld do fabuły zmontowanej z cudzych schematów, a kiedy naprawdę wie, jak ludzie reagują na niepewność.

Polska codzienność dostarcza konfliktów, których nie trzeba wymyślać od zera. Jest kredyt i wiara, że za trzydzieści lat wszystko jakoś się ułoży. Jest lokalna polityka, gdzie wielkie hasła kończą się walką o parking. Jest ekonomia, która w tabelach bywa elegancka, a w kuchni przy kawie zamienia się w pytanie: kto znowu zapłaci za cudzą decyzję? Fantastyka może te mechanizmy przerysować, ale nie powinna ich upraszczać.

Geopolityka jako paliwo fabuły

Geopolityka przez długi czas kojarzyła się z mapą, ekspertami w telewizji i zdaniami wypowiadanymi tonem człowieka, który właśnie osobiście przesunął granice kontynentu. Dziś weszła do domów. Wpływa na ceny, poczucie bezpieczeństwa, język rozmów i wyobrażenia o przyszłości. To naturalny materiał dla science fiction.

Nie chodzi o to, by powieść zamieniać w raport strategiczny w przebraniu. Fabuła nie potrzebuje przypisów, aby opowiadać o państwach zależnych od obcych technologii, o energii jako narzędziu nacisku czy o społeczeństwie żyjącym w stanie permanentnego alarmu. Potrzebuje postaci, które muszą podjąć decyzję, gdy system przestaje działać, a instrukcja obsługi akurat została utajniona.

Najciekawsza fantastyka polityczna nie przepowiada przyszłości z miną wyroczni. Bada raczej, co się dzieje z ludźmi, kiedy uznają, że historia przyspieszyła bez ich zgody. Jedni budują schrony. Inni zakładają fundusze. Jeszcze inni wciąż publikują komunikaty o pełnej stabilności sytuacji, choć za oknem właśnie otwiera się portal do obcego wymiaru.

Przyszłość polskiej fantastyki: między rynkiem a ryzykiem

Nie ma sensu udawać, że rynek nie ma znaczenia. Autorzy potrzebują czytelników, wydawcy muszą sprzedawać książki, a odbiorcy mają ograniczony czas, budżet i cierpliwość do serii, które obiecują wielką tajemnicę przez sześć tomów, by na końcu wyjaśnić ją snem bohatera. Popularne tropy wracają, bo działają: rozpoznawalny gatunek ułatwia wybór, a seria daje komfort powrotu do znanego świata.

Problem zaczyna się wtedy, gdy rozpoznawalność staje się celem samym w sobie. Fantastyka pisana wyłącznie pod algorytm lub półkę księgarni szybko produkuje książki poprawne, lecz wymienne. Mają okładkę, tempo, potwora i obowiązkowe zwroty akcji. Często nie mają jednak własnego ciśnienia. Po zamknięciu zostaje po nich wspomnienie podobne do reklamy, którą oglądało się przed filmem.

Przyszłość gatunku zależy więc od równowagi. Potrzebne są książki komunikatywne, bo hermetyczność nie jest automatycznie dowodem ambicji. Potrzebne są też utwory niewygodne, które nie podają czytelnikowi gotowej diagnozy ani nie stawiają autora w roli właściciela jedynej słusznej mapy świata. Fantastyka może być przystępna i zarazem inteligentna. Co więcej, powinna podejrzliwie patrzeć na każde środowisko, które twierdzi, że te dwie cechy się wykluczają.

Technologia bez nabożeństwa

Sztuczna inteligencja, biotechnologia i cyfrowa kontrola będą oczywiście wracać w nowych książkach. Nie dlatego, że są modne, lecz dlatego, że już organizują życie. Warto jednak wyjść poza opowieść, w której komputer budzi się do życia i natychmiast planuje zagładę ludzkości. To scenariusz wygodny, bo pozwala człowiekowi zachować niewinność.

Znacznie ciekawsze jest pytanie, komu oddajemy decyzje i dlaczego robimy to z ulgą. Czy algorytm przyznający mieszkania, kredyty albo prawo do leczenia będzie tyranem? Niekoniecznie. Może być po prostu bardzo sprawnym urzędnikiem, który wykonuje polecenia zaprojektowane przez ludzi niemających czasu, odwagi albo ochoty brać odpowiedzialności. W takiej historii technologia nie odbiera człowiekowi sprawczości. Pokazuje, jak ochoczo człowiek sam ją odkłada na półkę.

Mniej pomników, więcej niepewności

Polska fantastyka ma prawo do wielkich bohaterów, spektaklu i przygody. Nie musi jednak stale udowadniać swojej wartości przez ratowanie świata. Czasem stawką jest osiedle, rodzina, mała firma albo jedna decyzja podjęta przez człowieka, który nie ma żadnych wyjątkowych kompetencji poza talentem do racjonalizowania własnych błędów. To wystarcza, by opowiedzieć o katastrofie.

Szczególnie potrzebne wydają się historie o zbiorowości. Nie o samotnym wybrańcu, który odkrywa prawdę, lecz o grupach ludzi próbujących uzgodnić, czym w ogóle jest prawda, gdy fakty są niewygodne, a panika ma lepszy marketing. Polacy dobrze znają ten mechanizm. Potrafimy jednocześnie nie ufać instytucjom, czekać na ich pomoc i oburzać się, gdy nie spełniają naszych sprzecznych oczekiwań. To nie wada materiału literackiego. To materiał premium.

Oczywiście istnieje ryzyko, że fantastyka zanurzona w bieżących sprawach zestarzeje się razem z nagłówkami. Ale podobne ryzyko dotyczy każdej książki, która mówi cokolwiek konkretnego. Bezpieczne opowieści starzeją się wolniej głównie dlatego, że już w dniu premiery niewiele miały do powiedzenia. Dobra powieść nie musi trafnie przewidzieć kursu waluty ani wyniku wyborów. Powinna uchwycić lęk, interes, pychę i nadzieję, które pozostają zadziwiająco aktualne niezależnie od daty na kalendarzu.

Czytelnik nie potrzebuje kolejnej literackiej instrukcji, jak przetrwać przyszłość. Wystarczy mu książka, która rozpozna absurd chwili, nie pomyli ironii z pogardą i pozwoli spojrzeć na własny świat z lekkiego przesunięcia. Resztę dopowie wyobraźnia – ta sama, która wie, że najgroźniejsza istota z innego wymiaru może równie dobrze przyjść na zebranie wspólnoty mieszkaniowej.

Dodaj komentarz

Odkryj więcej z Jazz stworzył słowa

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej